Ta strona używa plików cookies. Pozostając na niej, wyrażasz zgodę na korzystanie z plików cookies. 

[X] ZamknijDowiedz się więcej »

O sztuce detalu i pracy nad albumem „Minione” – detalicznie opowiada Anna Maria Jopek

2017-02-01 Jazz

„Minione” płyta zawierająca przedwojenne tanga polskie, świetnie wpisuje się (obok innego wątku – płyt z autorską muzyką AMJ) w nurt jej poszukiwań inspiracji w tradycji i przeszłości i transponowania „archeologii” na język współczesnej piosenki i muzyki improwizowanej.

Skąd wziął się pomysł na ten album? Skąd pomysł na ten repertuar, ten muzyczny mariaż z artystą z Kuby i ten skład instrumentalny?

AMJ: Istotnie lubię odwoływać się do przeszłości. Nie tylko dlatego, że minione piękno przeszło już próbę czasu i rezonuje szczególną wartością. Również dlatego, że od dziecka studiowałam muzykę klasyczną, więc ta przeszłość była moim tlenem, codziennością, teraźniejszością. Nie czułam archeologii. Czułam ciągłość muzyki jako takiej. Najdoskonalszego języka jaki wymyślił człowiek, czy raczej jaki niepostrzeżenie wymknął się człowiekowi. Na swoje dorosłe życie w muzyce nie miałam odwagi wybrać Mozarta czy Skriabina. Żyję i pracuję w muzyce rozrywkowej, do której lubię przemycać wątki chłoniętych od dziecka prawd. W zetknięciach z wybitnymi postaciami szczególnie. Lubię podpierać się treścią głębszą i ważniejszą niż moja prywatna pisanina. Stąd zrodził się duet z Makoto Ozone (POSŁUCHAJ) i z Bobbym McFerrinem – dedykowany muzyce Chopina, Pat Metheny (POSŁUCHAJ) i Branford Marsalis grający pięknie muzykę ludową, Kilara czy Moniuszkę. Gill Golstein (POSŁUCHAJ) aranżujący tematy Szymanowskiego. W takich spotkaniach zawsze ważne było dla mnie to, żeby już punkt startowy do muzycznej wariacji był jak najdoskonalszy – miał wartość ponadczasową. Oraz to, żeby moi Goście mogli doświadczyć piękna sztuki tych stron i żebyśmy na wzajem czegoś mogli się o sobie dowiedzieć poprzez tę muzykę. Ta filozofia mnie nie zawiodła. Nikt z moich gości nigdy się nie skarżył na koncept muzyczny, który proponowałam. Nigdy nie zapomnę jak Steve Rodby ,edytując „Polannę” w Nowym Jorku, cały czas był szczerze poruszony i siedział przy komputerze z pudełkiem chustek do nosa. Wartość takiej muzyki jest trochę inna niż wszystko co na bieżąco wytwarzamy. Moniuszko, Karłowicz, Karpiński  to było piękno i siła wypracowana przez czas, który oszlifował te tematy. A my je podjęliśmy i uczyniliśmy pretekstem do szukania współczesnego międzyludzkiego, międzykulturowego dialogu.

Podobnie rzecz się ma z motywem spotkania z Gonzalo Rubalcabą. To był pomysł Marcina (Kydryńskiego – przyp. red.) – który zawsze ma wspaniałe pomysły, żeby nagrać polskie tanga rękami Gonzalo – więc i po kubańsku i w kodzie muzyki improwizowanej. Nikt na świecie nie gra tak jak On. Gonzalo ma w palcach i nerw i rytm bolera i czułość i nostalgię i wielki szacunek i mądrość. Jest niedościgłym artystą. Lata temu, gdy nagrywaliśmy „Polannę”, rozmawialiśmy i marzyliśmy o tangach lat trzydziestych z Gonzalo, ale jak wiele moich projektów, rzeczy muszą czasem dojrzeć i trzeba było chwile pożyć i poczekać na „Minione”. Cieszę się, że to dziś – nie wtedy. Przy tamtej świadomości nie dałabym rady dotrzymać kroku Gonzalo. On gra w najwyższej częstotliwości jaźni.
Gonzalo  Rubalcabę usłyszałam po raz pierwszy dwadzieścia lat temu. Zagrał w Kongresowej na bis Manha de Carnaval, na festiwalu Jazz Jamboree.
Zaczynałam wtedy żyć ze śpiewu. Zaczynałam przeuczać mentalność posłusznej studentki klasy fortepianu, w nieograniczoną wolność śpiewania wszystkiego na co przyjdzie mi ochota. Oczywiście nie bardzo wiedziałam kim jestem, w związku ze zbyt drastyczną zmianą postrzegania muzyki, do której los mnie pchnął i śpiewałam wszystko i nic konkretnego. Ja nie wiedziałam wtedy kim jestem, ale wiedziałam kim był Gonzalo. Na scenie był dla mnie prawdą ostateczna i dopełnioną. Był w stu procentach. I był doskonałością.
Zagrał  Bonfe najciszej jak można na fortepianie, jednym palcem ale w takim hipnotyzującym nasyceniu brzmieniem, że cała Kongresowa zamarła w bezruchu. Siedziałam wtedy obok Ani Kuczyńskiej, projektantki mody, i obie przestałyśmy oddychać. To było porażające, ostateczne piękno. Wyszłam po tym koncercie jak po  środkach odurzających, tyle że bardziej żywa i przytomna niż kiedykolwiek. Takie było moje pierwsze doświadczenie Gonzalo. Miłość od pierwszego słyszenia. Dwadzieścia, może nawet ponad dwadzieścia lat temu…

Nigdy nie miałam odwagi Mu tego opowiedzieć.
Byłam wzruszona tym, że przyjął zaproszenie do projektu „Polanna” i przyjechał najpierw do Gdańska, potem do Warszawy, żeby popracować z moim zespołem i ze mną. Nasza praca dedykowana polskiej muzyce od Wacława z Szamotuł po piosenki partyzanckie była czasem wielkich zachwyceń i wielkiej muzycznej wspólnoty. Miałam wówczas ogromny zespół samych gwiazd i barwne, przeciekawe próby i nagrania (ZOBACZ TRAILER). Gra Gonzalo była elementem większej całości i wiedziałam, że jeśli jeszcze kiedyś przyjdzie nam się zetknąć w muzyce, bardzo chciałabym Go doświadczyć sam na sam, albo prawie sam na sam. Stąd pomysł nagrania „Minione” z Jego trio wydał się najbliższy moich marzeń.

Przedwojenne piosenki, na nasze spotkanie, wybierałam od lutego. Przetrząsnęłam kilka składanek, płyt ku czci i przepastne archiwa YouTube (w tym miejscu moje najwyższe uznanie dla tych, którzy archiwizują stare, ocalałe czasem w ilości jednej czy kilku sztuk płyty gramofonowe i udostępniają je nam! Dziękuję! Genialna, misyjna robota!). Podróż w głąb muzyki lat trzydziestych była pięknym, poruszającym doświadczeniem. Na przestrzeni kilku miesięcy przesłuchałam – nie przesadzę – przynajmniej 700 tang z przynajmniej pięciu tysięcy tych, które istniały. Ogrom! I świadectwo tego jak ludzie tamtych czasów potrafili żyć muzyką. Tańczyć, przytulać się, pięknie pisać o uczuciach. Oczywiście wśród wielu refleksji jest również i ta, że spośród tych kilku tysięcy piosenek, te które najbardziej żyją wciąż w naszej pamięci, żyją zasłużenie. Mimo upływu prawie stu lat od ich powstania, mają w sobie taką czystość formy i prawdę, że wciąż i wciąż na nowo możemy siebie w nich wyśpiewać.
Zrobiłam pewien test repertuarowy dla Gonzalo i obok piosenek bardzo znanych i dziś, nagrałam i te, o których dawno zapomnieliśmy. W przeważającym stopniu Gonzalo wybrał te, które nadal śpiewamy. Słusznie więc wygrały z czasem.

Ta muzyka ma w sobie wielkie zmysłowe piękno i tajemnicę. Unikatową melodyjność. Polskie, żydowskie czasem nawet rosyjskie tematy, mają te nutę melancholii nie podobną do innej w świecie. Czy przedwojenne tanga były istotnie tangami? Raczej naszą wariacją na temat argentyńskiego tanga. To już wtedy była nowa jakość – ten twór ojczysty. Tango – jako forma – rytm, puls, transowość dodane do słowiańskiej rzewnej melodii i poetyckiego tekstu po wielekroć bardzo teatralnego. Ciekawe artystycznie zjawisko – nasze tango przedwojenne. Interesująca jest też analiza aranżacji orkiestrowych tamtych czasów, w których sekcja smyczkowa równolegle „śpiewa” z solistą – refrenistą.
Gonzalo Rubalcaba był zachwycony tymi piosenkami. Nagrałam Mu śpiewającą Ordonkę, Fogga, Astona, Siostry Triola. Nigdy nie wiesz co może być inspiracją i pobudzić do odkrywania nowych kierunków w muzyce, ale przeszłość, szczególnie tak gęsta od emocji przeszłość jak ta w śpiewie tych wielkich śpiewaków okazała się dla nas obojga źródłem niewyczerpanej inspiracji.
Oprócz oryginalnych wersji tang, posyłałam Gonzalo swoje wersje tych piosenek. Siadałam do fortepianu, szukałam śladowego groovu, swojego świata harmonii, nagrywałam na telefon i nadawałam do Miami. Nie wiedziałam czy to się przyda Gonzalo w pracy nad aranżami – szansa usłyszenia mojego głosu w tym repertuarze, ale wiedziałam, że muszę się przygotować do tej pracy i to jest dobry pretekst. Przepuścić te piosenki przez swoją głowę, serce i krtań.

Ernesto Simson, Gonzalo Rublcaba, Armando Gola, Anna Maria Jopek


Jaki był proces nagrywania?

Gonzalo Rubalcaba jest jednym z najbardziej świadomych, odpowiedzialnych  i uczciwych artystów na naszej planecie. Lata temu rozstał się z wielkimi wydawcami i założył wydawnictwo 5Passions, w którym realizuje swoje wszystkie projekty nagraniowe. Pracuje w swoim tempie –będąc jednym z najszybszych „mózgów” muzyki jakie znam, pracuje mimo wszystko długo, wolno i świadomie. Pracuje w gronie przyjaciół i najbardziej zaufanych i oddanych fachowców. Wszyscy są przyjaciółmi i mają dla siebie wielki szacunek.
Wszystkich poznałam w Miami. Mój projekt był dla nich działaniem w nieopisanym pośpiechu i europejskiej niecierpliwości, do której nie nawykli. Przyjechałam tylko na parę dni. Dwa dni prób, dwa dni nagrań, dzień zgrań. Podobny schemat w drugiej sesji pracy w grudniu. Przyleciałam pod koniec sierpnia 2016 do upalnego Miami w towarzystwie Roberta Roya Nałęcza, który cały proces prób i nagrania rejestrował na wideo – efektem czego są trailery i teledysk promujące „Minione”.

Kiedy leciałam na Florydę nie tylko nie znałam jeszcze ani jednego aranżu, nie miałam nawet pewności, które utwory Gonzalo ostatecznie wybrał spośród zaproponowanych przeze mnie. Leciałam ciekawa tego jaki się okaże ten koncept, jak będzie brzmiał i lekko przerażona, czy sobie poradzę, czy się porozumiemy, czy te tematy zagrają w kubańskim składzie i czy ja będę je umiała zaśpiewać?
W muzyce popularnej nie wyobrażam sobie, żeby jakikolwiek wokalista pozwolił sobie na taką niepewność. Lecieć na nagrania nie wiedząc co i jak będzie nagrywał. A w jazzie i owszem! Wiele razy leciałam na drugi koniec świata z ołówkiem i papierem nutowym w razie czego, ale przede wszystkim gotowością spotkania. Nie wolno się bać. Ciekawość i chęć tworzenia musi być silniejsza od obaw, że się marnie wypadnie z braku przygotowania – to zasada. Jakiego przygotowania zresztą? Na pewnym poziomie muzykowania, jesteś albo cię nie ma. A jeśli jesteś – musisz być „otwarty na przestrzał”. Ludzie spotykają się w duchu odwagi, wiary że nastąpi dialog i o ile potrafią siebie słuchać, zawsze, absolutnie zawsze wyimprowizują coś dobrego.
Przed wejściem do studia mieliśmy dwa dni prób. Poznałam wtedy Armando Golę – fantastycznego basistę Gonzalo, którego grę charakteryzuje piękne, głębokie brzmienie, diabelne poczucie rytmu i przestrzenne polimetryczne słyszenie porządków w muzyce.
Ernesto Simson – trzeci z drużyny Gonzalo, na co dzień mieszka w Grecji. Tak jak pozostali Panowie jest Kubańczykiem i gra na perkusji wszystkie kubańskie rytmy z łatwością z jaką oddycha. Ilość kubańskich rodzajów groowów i paternów jest nie do pojęcia w mojej słowiańskiej mało rytmicznej jaźni. Obiecuję sobie nauczyć się choć paru przy okazji tej znajomości.
Ernesto gra na perkusji czysto i stabilnie. Dobrze śpiewać z takim perkusistą. Poznaliśmy się kiedyś we Wrocławiu, kiedy Ernesto pracował z Richardem Boną, z którym wówczas wystąpiłam.
Dwa dni prób, na których poznałam zarys i formy nie dały mi odpowiedzi na temat brzmienia tej muzyki i mojego brzmienia w tej muzyce. Decydujące dla mnie, jest zawsze wejście do studia i usłyszenia wszystkich rzeczy w ich proporcjach. Wtedy wiem co robić i znajduję swoją nową tożsamość brzmieniową.

Nagrywaliśmy w The Hit Factory Criteria Miami – legendarnym studio w którym powstawały płyty Marleya, Dylana, BeeGeesów… i długo by wymieniać. Wszystkich, którzy zrobili legendę tego miejsca, mocno czułam w studio. Muzyka jest silną wibracją. Kiedyś w Carnegie Hall, kiedy miałam zaszczyt śpiewać ze Skaldami, dano mi garderobę i fortepian Bernsteina – godzina siedzenia w jego pokoju, była świętem muzyki. Tak samo czułam się teraz i byłam tyle samo wzruszona co bardzo stremowana.
Wszystko czego szukasz w muzyce musisz poczuć i wysłyszeć. Wiedziałam, że „Minione” objawi się dla mnie w chwili, w której posłucham pierwszego nagranego take’u i tak się stało.

 

 

Carlos Alvarez był reżyserem nagrania. Jakiego brzmienia szukaliście?

Uważam, że nie byłoby naszej płyty, a na pewno byłaby zupełnie inna, gdyby nie trafił nam się ten, właśnie ten i konkretnie ten reżyser dźwięku.
Carlos jest realizatorem Gonzalo, oczywiście Kubańczykiem! Przepięknie nagrywającym fortepian ale tak się szczęśliwie złożyło, że miał też wielkie doświadczenie i uważność w nagrywaniu głosu, bo początki swojej drogi nagraniowej spędził w studio i w trasie z Julio Iglesiasem, wielkim artystą piosenki. Tak zaczynał pracę reżysera, od razu pracując z tak wielką i wymagającą postacią. Carlos Alvarez jest jednym z najbardziej zajętych reżyserów dźwięku na świecie, laureatem wielu nagród Grammy i stałym realizatorem nagraniowym fortepianu Gonzalo.

Na naszą sesję nagraniową przyleciał specjalnie z Wiednia długi koncertowy Bosendorfer. Obłędny fortepian. Brzmiący ciemno, głęboko i czysto. Pierwszy go dotknął, wtedy w sierpniu, gdy zaczynaliśmy sesję, stroiciel Gonzalo. Pan stroiciel był przed nami w studio i witał nas z wypiekami na twarzy i błagał, żeby najlepiej nigdy nie zwracać Europie tego fortepianu. Żeby na zawsze został w Miami! Swoją drogą podobała mi się latynoska pasja z jaką wszyscy podchodzili do swojej pracy, począwszy od pana stroiciela a skończywszy na asystencie Carlosa, który podłączał kable.

Gonzalo i Bosendorfer wydają się idealną kombinacja kolorystyczną. Gonzalo ma sam z siebie, z tzw. palca brzmienie ciepłe, głębokie i tajemnicze. Ten fortepian idealnie oddawał charakterystykę dotyku Gonzalo. Jeśli chodzi o mnie – szukam zawsze światła w brzmieniu i najbardziej lubię nagrywać na Neumannie U87. To mój ukochany studyjny mikrofon i tylko pro forma pozwoliłam Carlosowi ustawić jeszcze parę innych do testów, bo świetnie wiedziałam, że kiedy dojdziemy do U87, Carlos odwiesi wszystkie pozostałe. Neumann daje mi najwięcej powietrza i światła. Jeśli chodzi o „czułość” nagrania, nim zaczęliśmy pracę poprosiłam Carlosa, żeby nagrał mnie tak, jakby był w mojej krtani. Te płytę chciałam zaśpiewać bez jakiegokolwiek wysiłku, tak jakbym sobie nuciła pod nosem, prowadziła jakiś wewnętrzny intymny monolog. Nie wiedziałam jeszcze jak frazować, bo bardzo chciałam z inspiracji przedwojenną artykulacją pośpiewać dużo legato, spójnie i trochę retro, ale i trochę cool.

Po pierwszym take’u usłyszałam tę muzykę i siebie w niej i wszystko zaczęło się dalej toczyć swoja drogą. Odetchnęłam pierwszy raz. Była muzyka. I ta muzyka nas niosła i nikt niczego nie kreował ani nie udawał. Styl był wynikiem słuchania i reagowania na siebie wszystkich rozgrywających, a barwa nagranego przez Carlosa głosu inspirowała mnie do śpiewania w przeważającej większości piosenek w oktawie małej, na pograniczu razkreślnej – a wiec niżej niż wybrałabym przy folkowych piosenkach śpiewanych w rejestrze piersiowym. Ta płyta w całości zaśpiewana jest w rejestrze głowowym. Najdelikatniej jak umiałam.

Nagrywaliśmy na sto procent. W realnym czasie. Kiedy popełniałam błędy tekstowe (tylko Roy zza kamery rozumiał, o czym śpiewam i kiedy się mylę) nie mogłam ich potem poprawić. Próba dogrania się poprawkowego do take’u już nagranego odsłaniała całkowitą osobistą bezbronność. Nie wiem jak to wyjaśnić. Musiałam śpiewać z kolegami w tym samym momencie, bo wtedy byłam jak podłączona do prądu i muzyka oddychała jednym oddechem, była jednią. Kiedy zostawałam sama przy mikrofonie, wszystko co śpiewałam przestawało mieć siłę wspólnoty, prawdę jakby odklejało się od tła. W związku z tym jest parę słów na tej płycie pomylonych, które zdecydowałam się zostawić takimi, wierząc, że słuchacze mi wybaczą a jedność w muzyce, której nie naruszyłam, pozostawiając swoje oryginalne setkowe take’i mnie rozgrzeszy.

Niesamowicie się śpiewa z Gonzalo. Nie pamiętam jak się nazywały te podkłady karaoke w programach telewizyjnych. Były profesjonalne i te nieprofesjonalne, z wgraną melodią, podpowiedzią, pamiętasz? Otóż granie z Gonzalo jest graniem bez jakiejkolwiek podpowiedzi. Nie jest wylegiwaniem się na przewidywalnym akompaniamencie. Jego gra ma nic wspólnego z powszechnym pojmowaniem akompaniamentu. Bycie w duecie z Gonzalo jest …byciem na prawdę.Czułam się całkowicie odsłonięta,niezależna w tej grze a równocześnie cały czas supportowana.Duet z Gonzalo jest jak wyrafinowany taniec.Tango w którym napięcie ani na chwilę nie gaśnie-przyciąganie-odpychanie,ani chwili puszczonej mimo.
Nasze nagranie jest zapisem nieustannego dialogu jaki toczy głos i fortepian . Bardzo ciekawie i oryginalnie to opowiada się w kolorze i przestrzeni nagraniowej. Dość awangardowo, tak jak lubię.

Master dźwięku wykonał w Nowym Jorku Allan Tucker, który również, jest zaufanym inżynierem dźwięku Gonzalo.
Muzykę akustyczną nagrywa się stosunkowo cicho, żeby nie stracić niuansów brzmienia instrumentównie rozdąć, nie zdeformować szlachetnego dzwięku. Na płytę CD, sygnał musi zostać znacznie zawężony i solidnie zgłośniony. Zawsze się boję tej operacji – jest jak nadymanie balonu – na którym ktoś narysował obrazek, który raptem robi się zupełnie innym w proporcji malowidłem. Sztukę masteringu uważam za jedną z najtrudniejszych. Myślę naturalnie o wyrafinowanej muzyce popularnej, jazzie i muzyce klasycznej. W powszechnym popie wszystko jest sprasowane już w fazie nagrania i nie ma co marzyć o powietrzu i przestrzeni w brzmieniu.
W niedziele wieczorem (22.01.2017) Allan Tucker przysłał nasz master do Taktu. Ciekawi mnie ile z jakości brzmienia zostanie po wtłoczeniu tej muzyki na CD. Bo to się zawsze trochę różni po transpozycji na dysk.
Może dlatego płyty nagrywam coraz rzadziej, że do ostatniego etapu pracy asystuję we wszystkim. Czuwam, zadaję pytania, poprawiam, zmieniam, działam.Kiedy byłam mniej świadoma,było trochę łatwiej.Dziś każdy detal jest ważny.

Chciałam w tym miejscu podziękować mojemu managementowi oraz mojej wytwórni Universal za cierpliwość do mnie w procesie pracy i wykazane wielkie zrozumienie dla mojej pogoni za ideałem.

Zdjęcia do projektu i klip Twe usta kłamią zrealizował Robert Roy Nałęcz podczas nagrań w Miami (studio nagrań) i Warszawie (apartamentowiec Cosmopolitan).

« wróć do listy aktualności

Inne aktualności z gatunku Jazz

Dorota Miśkiewicz i goście, nowa koncertowa płyta PIANO.PL
Dorota Miśkiewicz i goście, nowa koncertowa płyta PIANO.PL

PIANO.PL to płyta z rejestracją audio/video wyjątkowego koncertu, który odbył się 16 maja 2016 roku w Teatrze Muzycznym Roma. PIANO.PL jest hołdem złożonym polskiej pianistyce. Jak zauważa Dorota M...

więcej ›
2016-09-13
Pink Freud w trasie

Już w najbliższy weekend Pink Freud zagra w Łodzi, Kędzierzynie-Koźlu i Pszczynie. Zespół przygotował z tej okazji nowe aranżacje utworów z ostatnie płyty Horse&Power. Podczas „Trio...

więcej ›
2015-01-22
„15 Studies for the Oberek” – nowy album solowy Pianohooligana
„15 Studies for the Oberek” – nowy album solowy Pianohooligana

25 listopada ukaże się długo wyczekiwany album solowy pianisty jazzowego i kompozytora Piotra Orzechowskiego ‘Pianohooligana’ zatytułowany „15 Studies for the Oberek” – &bdq...

więcej ›
2014-11-19
Diana Krall odwołuje amerykańską trasę koncertową z powodu choroby. Wallflower w przyszłym roku
Diana Krall odwołuje amerykańską trasę koncertową z powodu choroby. Wallflower w przyszłym roku

Na skutek komplikacji po przebytej chorobie, pięciokrotna zdobywczyni nagrody Grammy - Diana Krall, została zmuszona do odwołania amerykańskiej trasy koncertowej i przesunięcia premiery albumu „Wall...

więcej ›
2014-09-25
Chris Botti w Polsce
Chris Botti w Polsce

Agencja Go Ahead ogłosiła, że w marcu 2013 roku do Polski na pięć koncertów przyjedzie Chris Botti. Artysta wystąpi 15 marca w Poznaniu (Sala Ziemi, MTP), 16 marca w Gdyni (Hala Sportowo-Widow...

więcej ›
2012-10-09

Zobacz również teledyski z gatunku Jazz

Let The Good Times Roll - STANISŁAW SOYKA
STANISŁAW SOYKA
Let The Good Times Roll
« wróć do listy aktualności
Renata Przemyk - Rzeźba Dnia


Nowości płytowe

więcej ›
Saturday Night Fever
Saturday Night Fever BEE GEES
Volver
Volver BENJAMIN BIOLAY
bloom
bloom Machine Gun Kelly

Zapowiedzi

więcej ›
Pióropusze
Pióropusze SARSA
The Joshua Tree (Deluxe E...
The Joshua Tree (Deluxe E... U2
hopeless fountain kingdom
hopeless fountain kingdom HALSEY